Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowe skojarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowe skojarzenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2014

Filmowe skojarzenia 2014.02.21

W związku z nadchodzącą premierą filmu „Tajemnica Filomeny” Izabela z blogu "Przeminęło z filmem" przygotowała tekst o reżyserze obrazu z Judi Dench, Stephenie Frearsie. Zapraszamy do czytania. 

Ekspert od trudnych związków 

Wkrótce na ekrany polskich kin wejdzie film „Tajemnica Filomeny” z niezawodną Judi Dench w roli głównej. To świetna okazja, żeby przypomnieć sobie wcześniejsze dzieła Stephena Frearsa, który jak można zauważyć, gustuje w przyglądaniu się skomplikowanym relacjom damsko – męskim. 

Kiedy myślę o najlepszym filmie kostiumowym, który wzbudza wiele emocji, zachwyca grą aktorską i unika banału, to mój wybór pada na „Niebezpieczne Związki”. Film jest nie tylko świetnym dramatem, jest również jedną z nielicznych ekranizacji, która okazała się być lepsza od literackiego pierwowzoru. Nieco demoniczna, troszkę groteskowa ale i okrutna Markiza de Merteuil (Glenn Close) zakłada się z młodym Valmontem (John Malkovich) o to, że uwiedzie skromną i religijną Madame de Tourvel (Michelle Pfeiffer). Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem, ponieważ plany psują uczucia, która doprowadzą wszystkich bohaterów do tragedii. 


Stephen Frears tak rewelacyjnie poprowadził aktorów, że ich role pozostają w pamięci na bardzo długo. Podobnie było zresztą z „Królową”, która przyniosła Helen Mirren Oskara i pokazała zupełnie inną twarz brytyjskiej władczyni. Obserwujemy bohaterkę w momencie tragicznej śmierci Diany. Nie jest to biografia przedstawiająca całe życie, film zręcznie skupia się tylko na tym kluczowym momencie. Pozornie akcja toczy się wolno, w przeciwieństwie do emocji, które mimo tego że są tłumione, starają się wyjść na światło dzienne. 

Wart wspomnienia jest również bardzo interesujący film „Moja piękna pralnia” z Danielem Day-Lewisem w jednej z pierwszych ról na dużym ekranie. Scenariusz autorstwa Hanifa Kureishi opowiada historię dwóch nastolatków z zupełnie różnych światów. Omar to skromny i nieco nieśmiały chłopak szukający pracy i próbujący sprostać wymaganiom wspólnoty w której żyje. Johnny to członek londyńskiej grupy faszystowskiej, która tępi rodaków Omara. Pomimo przeciwności losu obaj postanawiają otworzyć własny biznes i wkrótce wbrew podziałom zaczyna łączyć ich coś więcej. 


Kino Stephena Frearsa można uznać za kwintesencję brytyjskości. Większość filmów dotyczy powściągania uczuć, większość przedstawianych związków jest zabroniona, trudna i rzadko prowadzi do szczęśliwego zakończenia. Dodawszy do tego pełnowymiarowe postacie, błyskotliwe dialogi i świetne aktorstwo dostajemy filmy, które jako całość dotyczą tego samego tematu, jednak każdy z nich opowiada o miłości na nowo. „Tajemnica Filomeny” również zapowiada kontynuację tego obranego kierunku i miejmy nadzieję, że będzie również powrotem do świetności Frearsa.


piątek, 14 lutego 2014

Filmowe skojarzenia 2014.02.14

Walentynki to idealny dzień na wizytę w kinie lub seans przed telewizorem. Odpowiedni film wprowadzi pary w pożądany, romantyczny nastrój, singlom zaś przywróci wiarę w to, że odnalezienie swojej drugiej połówki to tylko kwestia czasu. A jaki jest ten „odpowiedni film”? O tym dowiecie się od Agniechy, Izabeli i Piotra.

Jedną z kinowych propozycji na Dzień Zakochanych jest „Ona” w reżyserii Spike’a Joneza. Wspominamy o tej produkcji jednak nie dlatego, że mówi o miłości, lecz dlatego, że miłość żywimy do odtwórcy głównej roli, Joaquina Phoenixa. Sprawdźcie, czym nas w sobie rozkochał.

Ulubiony film o miłości (z okazji Walentynek)

Filmy według Agniechy, Agniecha (http://filmy-wedlug-agniechy.blogspot.com/)

Jako że jestem niepoprawną romantyczką, trudno jest mi wytypować jeden ulubiony romans. Myślę jednak, że postawię na ten, który towarzyszył mi przy każdych samotnych Walentynkach od czasów, kiedy tylko dowiedziałam się o jego istnieniu, a i potem powracałam do niego wielokrotnie. I nie, nie mówię tutaj o horrorze „Walentynki” z rolą Davida Boreanaza, a o ekranizacji powieści Nicholasa Sparksa, która na potrzeby filmu przybrała tytuł „Szkoła uczuć”. Historia może i banalna, ale zachwycająca w każdej minucie. O zbawiennej mocy miłości, z piękną muzyką i utworami – wręcz trudno jest się nie rozkleić. Film przebić może jedynie „Pamiętnik”, na którym wzruszył się nawet mój mąż


Przeminęło z filmem, Izabela (http://przeminelozfilmem.blogspot.com/)

Wbrew pozorom wybór ulubionego filmu o miłości nie jest łatwy. Biorąc pod uwagę moje upodobanie do dramatów, moi filmowi faworyci to ci o tragicznej miłości, a pierwszy jaki przychodzi mi do głowy to „Wzgórze Nadziei.” Akcja toczy się na amerykańskim południu. Ida (Nicole Kidman) to eteryczna, południowa piękność, córka pastora. Nieśmiały i nie mający wiele do zaoferowania Inman (Jude Law) od razu stawia się na przegranej pozycji. Okazuje się, że całkiem niepotrzebnie. Los jednak zakochanym nie sprzyja. Wybucha wojna, która wystawi na próbę nie tylko ich miłość, ale i człowieczeństwo. „Wzgórze Nadziei” to film o miłości w ciężkich czasach jakich wiele, co jednak w nim zachwyca to pewna trudna do określenia plastyczność. Zarówno realizacja jak i muzyka Jacka White’a znanego z The White Stripes świetnie ze sobą współgrają. To film o drodze do miłości, bardzo ciężkiej i uciążliwej, która odciska swoje piętno na psychice. Obserwujemy, jak Inman zamienia się w cień człowieka kurczowo uczepionego strzępka zdjęcia kobiety, którą kiedyś była Ida. Ta bowiem, zdana jedynie na siebie, odnajdzie w sobie silną kobietę zdolną do największych poświęceń. Pytanie tylko, czy po tak długim czasie i po takim koszmarze bohaterowie będą w stanie wykrzesać z siebie czułość, a co najważniejsze, zostawić przeszłość za sobą.


FILM Planeta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/)

W każdym miesiącu do kin trafia przynajmniej kilka filmów o miłości, w związku z czym nie posiadam wyłącznie jednego ulubionego filmu z tego gatunku. Osobiście nie przepadam za mdłymi komediami romantycznymi, znacznie bardziej trafiają do mnie melodramaty. Moim ulubionym filmem miłosnym jest bezapelacyjnie „Blue Valentine”, gdzie w pierwszoplanowe role wciela się dwójka moich ukochanych aktorów – Michelle Williams oraz Ryan Gosling. Na równi z „Blue Valentine” stawiam „Drogę do szczęścia” oraz tegorocznego „Wielkiego Gatsby’ego”. Każdy z tych trzech tytułów opowiada o miłości trudnej, często niezrozumiałej, niedopowiedzianej, niejednokrotnie sprawiającej ból. Ogromne wrażenie zrobił na mnie ostatni hit Spike’a Jonze’a – „Ona”. Zapewniam Was, że po jego obejrzeniu znacznie bardziej docenicie obecność drugiej połówki. Jeśli ktoś lubi wszystkie wymienione przeze mnie wyżej tytuły, niech obowiązkowo sięgnie też po „Powtórnie narodzonego”. To film, który przeszedł przez polskie kina bez większego echa, a naprawdę zasługuje na uwagę. Gorąco polecam również klasyczne romantyczne hity: „Pamiętnik” oraz „Co się wydarzyło w Madison County”. Ostatnim z moich ulubionych filmów o miłości jest „500 dni miłości” – słodko-gorzka historia pewnej oryginalnej pary. Jeśli nie macie pomysłu na walentynkowy wieczór, spotkanie z bohaterami powyższych filmów może okazać się dla Was ciekawą alternatywą.



Ulubione wcielenie Joaquina Phoenixa (z okazji premiery filmu „Ona”)

Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/)

Największe uznanie Joaquin Phoenix zdobył u mnie za rolę w „Mistrzu”. Podziwiam też Andersona, że odważył się do roli Freddiego zatrudnić aktora, kiedy ten jeszcze z dużą nadwagą i brodą zakrywającą trzy czwarte twarzy realizował mockumentary „I’m still here”. 

Joaquin Phoenix zachwycił mnie w ten sposób po raz pierwszy – zwierzęcy, dziki, zagubiony, samotny. I choć jego wypowiedź dla Movieinterview na to nie wskazuje – aktor naprawdę w przypadku tego filmu poznał się na rzeczy i wbrew poradom reżysera stworzył postać całkowicie od nowa, zupełnie inaczej niż ją podobno napisano. We wspomnianym wywiadzie twierdził, że nie interesuje go techniczna strona filmu, gdzie ma stanąć, w którym kierunku patrzeć, nawet zapamiętywanie tekstu i nie kierowanie się swoją intuicją i wszystkie te bzdury, których uczą w szkołach filmowych – on podąża za swoim „światłem”. Ile w tym pozy, a ile rzeczywistości? Nie wiem, ale do tej roli był stworzony i sposób, w jaki ją przedstawił, wydaje się być jedynym słusznym. Jakie to szczęście, że reżyser nie zaangażował do filmu Jeremy Rennera, który miał już zobowiązania na planie „Dziedzictwa Bourne’a”. 

Jest w tym filmie tak wiele scen, do których warto wracać – ujęcia z windy, z wizyty w Nowym Jorku, sesji między Lancasterem a Freddiem i mógłbym tak wymieniać kolejne sceny pewnie do chwili, gdy wyliczyłbym je wszystkie. „Mistrz” to przede wszystkim ciekawe studium psychologiczne. Powolny proces przekształcania ludzkiej świadomości od ślepego gniewu do pełnego podporządkowania w swej wymowie przypomina mi to, jak rodzą się radykalne poglądy i jak zbierają coraz większe żniwo. Pod tym względem w swym uniwersalnym przekazie – odseparowanym od odwołań do historycznej epoki – obraz Andersona jest o wiele mocniejszy niż „Biała wstążka” Michaela Haneke.


Mechaniczna-Kulturacja, Damian (http://mechaniczna-kulturacja.blogspot.com/)

Podobnie jak Michał za najlepszą, a przy okazji swoją ulubioną rolę Joaquina Phoenixa uważam tę z „Mistrza” Andersona, gdzie u boku zmarłego ostatnio Seymoura Hoffmana stworzył kreację swojego życia. Zawsze lubiłem, gdy pojawiał się na ekranie, ale wygląda na to, że po rezygnacji z aktorstwa (nawet jeśli była to tylko prowokacja) wrócił zupełnie odmieniony, być może bogatszy o pewne doświadczenia i dojrzalszy. W roli Quella jest po prostu rewelacyjny – z tak niezwykłą naturalnością oddaje naiwność, prostotę myśli i niepewność swojego bohatera, które z każdą chwilą, sprowokowane choćby najmniejszą iskrą mogą spowodować wybuch wrogości i nienawiści. Phoenix jest tam nieobliczalny, jest jak zwierzę kierowane instynktami, które pod wodzą bohatera granego przez Hoffmana nabiera pewnej ogłady. Tej dzikości nie da się jednak ujarzmić w pełni, wilka nie można udomowić. W Phoenixie jest to wszystko: w jego gestach, spojrzeniu, w jego skrajnym spokoju i skrajnej agresji. Wielu z tegorocznych nominowanych do Oscara aktorów mogłoby się uczyć od Phoenixa prawdziwej gry, bowiem nie każdy może zdobyć się na taką naturalność. Tymczasem rola Quella to najbardziej niedoceniony występ 2012 roku, podobnie jak sam film Andersona.


Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/)

W głębi swojego niewieściego serca postawiłam Joaquinowi Phoenixowi pokaźny ołtarzyk. Chociaż jestem kochliwa, niewielu aktorów dostąpiło tego zaszczytu, a w przypadku Phoenixa regularnie składam tam ofiarę w postaci kolejnych spazmatycznych zachwytów nad jego rolami. Coś jest w tym mężczyźnie niesamowitego, jakaś zwierzęcość, drapieżność i melancholia jednocześnie. Jest jak przyczajony tygrys, który zaraz albo skoczy i rozszarpie Ci gardło, albo zacznie tęsknie łasić się u Twoich nóg – tego nigdy nie da się przewidzieć. To nie tylko szalenie intrygujące, ale również pociągające. Uwielbiam go jako Kommodusa w „Gladiatorze”, kiedy na przemian jest tyranem i zwykłym nieszczęśliwym dzieckiem zmagającym się z brakiem akceptacji ze strony ojca. Cenię go za rolę Johnny’ego Casha w „Spacerze po linie”, gdzie nie tylko wiarygodnie stacza się i podnosi, ale też doskonale śpiewa. Tak jak koledzy powyżej nie mogę znieść też myśli, że nie otrzymał wszystkich nagród świata za kreację w „Mistrzu”. Chyba jeszcze nie widziałam równie rozstrojonej, aroganckiej, prymitywnej, ale też enigmatycznej postaci; fascynująca mieszanka. Występ w „Ona” to tylko kolejny dowód w tej sprawie dotyczącej bycia zabójczo dobrym aktorem. Niby jako Theodore Twombly gra przyjemniaczka, niby nosi te pastelowe koszule, a „złowieszczą” bliznę nad wargą zakrył pod bujnym wąsem, ale wystarczy jeden jego nerwowy uśmiech, by wzbudzić w widzu falę ambiwalentnych odczuć. Joaquin Phoenix ma w sobie po prostu niepokój. Nie jest to jednak depresyjne czy mięczakowate rozedrganie, lecz cecha, która bierze się z tego, że nie można go przejrzeć. To właśnie ona czyni z niego jedną z najbardziej intrygujących osobistości show-biznesu.


piątek, 7 lutego 2014

Filmowe skojarzenia 2014.02.07

Fałszywy pogląd, że polskie kino nie ma nic do zaoferowania, chyba szczęśliwie kieruje się już tam, gdzie jego miejsce – na śmietnik. Możemy pochwalić się nie tylko coraz większą grupką ciekawych reżyserów, ale także aktorów, którzy nie muszą mieć żadnych kompleksów w stosunku swoich kolegów po fachu z Zachodu. Obok święcącego triumfy Roberta Więckiewicza znajduje się w tym szeregu Marcin Dorociński, którego znów mamy okazję zobaczyć na dużym ekranie. Właśnie jemu poświęcamy najnowszą odsłonę naszego cyklu.

Na deser proponujemy garść refleksji od Michała, który z okazji premiery „Goltzius and the Pelican Company” zdradził, jaki jest jego ulubiony film o sztuce.

Ulubiony film z Marcinem Dorocińskim (z okazji premiery filmu „Jack Strong”)

FILM Planeta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/):

Marcin Dorociński to bezapelacyjnie jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów polskich. Oczywiście ma on na swoim koncie kilka wpadek (Idealny facet dla mojej dziewczyny, Kobieta, która pragnęła mężczyzny), jednak w żadnym stopniu nie przesłaniają one jego najlepszych ról. Mnie najbardziej podobał się dotychczas w „Rewersie” Borysa Lankosza – za rolę tę został zresztą nagrodzony Złotym Lwem w 2009 roku w kategorii Najlepsza drugoplanowa rola męska. Osobiście zdecydowanie bardziej wolę oglądać go w dramatach niż w komediach. W końcu jego role w „Obławie”, „Miłości” Fabickiego, „Róży” czy „Lęku wysokości” są absolutnie wybitne i zasługują na największe nagrody. Wchodzący do kin „Jack Strong” to dramat szpiegowski, czyli gatunek, w jakim jeszcze nie mieliśmy okazji oglądać tego aktora. Przyznaję, że jestem bardzo ciekawy jego kolejnego aktorskiego wcielenia i mam nadzieję, że po raz kolejny mnie nie zawiedzie.


Filmowe Abecadło, Paweł (http://filmoweabecadlo.wordpress.com/):

Marcin Dorociński jest fenomenalnym aktorem, który prezentuje międzynarodowy poziom. Grał w takich filmach jak „Rewers”, „Ogród Luizy”, „Róża”, „Obława” czy „Lęk wysokości”. Mój ulubiony film z Dorocińskim to „Miłość. Film Sławomira Fabickiego” i co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Fenomenalna historia o tytułowym uczuciu, osobistej tragedii, przepełniona mnóstwem emocji, które nawet najtwardszego potrafią wzruszyć. Poza tym jest to jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku i przede wszystkim rewelacyjna rola Marcina Dorocińskiego. Miejmy nadzieje, że i tym razem nowe wcielenie aktora nas zaskoczy, a „Jack Strong” okaże się niemałym sukcesem!


Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/):

Dorociński niezaprzeczalnie jest najlepszym polskim aktorem swojego pokolenia (obok trochę starszego Roberta Więckiewicza). Spełnia wszystkie „światowe” wymogi: z powodzeniem gra zarówno w filmach ambitnych, jak i w tych czysto rozrywkowych (czego przykładem jest właśnie „Jack Strong”), nie można odmówić mu też urody i czaru. Niewiele mamy w naszym kraju nazwisk, które same w sobie są już gwarancją dobrego filmu, a Dorociński dobiera role na tyle uważnie, że pudła w zasadzie mu się nie zdarzają. Ma on tę niezwykłą umiejętność okazywania męskości i wrażliwości jednocześnie, co świetnie wykorzystał w „Róży” (to moja ulubiona kreacja). Jako Tadeusz, zdaje się jedyna całkiem pozytywna męska postać w kinie Smarzowskiego, potrafił nadać zakochaniu rys pewnej brutalności i fatalizmu, ale przy tym pozostać czułym oraz opiekuńczym mężczyzną. W „Jacku Strongu” (po przekombinowanym „Pokłosiu” Pasikowski powrócił do kina, w jakim sprawdza się najlepiej) także dobrze akcentuje ambiwalencję pułkownika Kuklińskiego: raz bywa przykładnym, wyluzowanym ojcem rodziny, a raz cholerykiem; na początku jako szpieg zachowuje się jak chłopiec, który dostał wymarzoną kolejkę na urodziny (sceny z Patrickiem Wilsonem), by później stać się zmęczonym człowiekiem, którego przygniata ciężar tajemnicy. W każdym z tych wcieleń Dorociński nie traci wiarygodności, dzięki czemu też „Jacka Stronga” można uznać za film udany (niepozbawiony scen słabszych, jakby wymuszonych, ale wciąż udany).



Najciekawszy film o sztuce (z okazji premiery „Goltzius and the Pelican Company”)

Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/):

Trochę nietypowo może, bo pierwszy film o sztuce, który przychodzi mi na myśl, to „Marina Abramović: artystka obecna”. Dokument o Marinie przedstawia jej drogę jako artystki. Główny wątek filmu to przygotowania do i przegląd dzieł Mariny w Museum of Modern Art (MoMA) w Nowym Jorku, którego centralnym elementem jest nowy performance zatytułowany „Artystka obecna” (The Artist is Present). Film o tym jest unikalną możliwością, aby dotrzeć ze swoim przesłaniem do szerszego grona odbiorców. Osobiście ucieszyło mnie przenikanie się sztuk – połączenie X muzy i performance’u. 

Zastanawiałem się już w trakcie trwania seansu: czym jest potrzeba sztuki? Moim zdaniem to potrzeba wyrażania siebie, swoich przeżyć i uczuć. Rodzaj autoterapii pozwalającej na przezwyciężenie wewnętrznych demonów. Tak odbieram osobę twórczyni i jej dzieła. 

Najtrudniejsze według Abramović jest nie robienie czegokolwiek. Wydaje mi się to też naturalnym etapem jej autoterapii. Zaprzestanie nieustannej samokontroli. Zrozumienie, że działanie nie zawsze jest wymagane. Wystarczy być. Rozumieć siebie i to zrozumienie dać innym ludziom. Pozwolić sobie na wyciszenie i zwolnienie tempa w otaczającym nas szalonym świecie. Z tych przesłanek wynika finalny performance, dla którego udokumentowania ten film powstał – „Artist is Present”.




piątek, 31 stycznia 2014

Filmowe skojarzenia 31.01.2014

Oscary to zawsze gorący temat do dyskusji, obojętnie, czy chodzi o nagrody, czy o same nominacje. Jeszcze tak nie było, żeby wybory Akademii zadowoliły wszystkich kinomanów. Nie jesteśmy inni, też mamy swoje „ale”. Żeby nie marudzić za wiele, piszemy także o tym, za co należy szanowne gremium pochwalić.

Naszej uwadze nie mogła umknąć także premiera drugiej części „Nimfomanki”. Lars von Trier zapracował na tytuł nie tylko jednego z najciekawszych współczesnych twórców, ale też jednego z najbardziej kontrowersyjnych. Dominika i Piotr opowiedzieli, dlaczego według nich filmy tego reżysera są aż tak dużym wydarzeniem. 

Jestem za i jestem przeciw (Najlepsze i najgorsze tegoroczne oscarowe nominacje zdaniem blogerów OBF)

Reviews.blox.pl, Milczący krytyk (http://reviews.blox.pl/html)

Z Oscarami jest tak, że bardziej elektryzującymi informacjami od tych, kto został wyróżniony, są te kogo w tym roku pominięto, czy to przy nominacjach, czy samym ogłaszaniu zwycięzców, gdy nagle okazuje się, że statuetki trafiają nie do tych, którym kibicowaliśmy. Co roku jest właściwie to samo – długa lista tych, którzy nie zostali wyróżnieni, a zdecydowanie zasługiwali na zauważenie i końcowe wybory, które pozostawiają sporo do dyskusji. A i tak, mimo to, nie sposób nie interesować się nagrodami Akademii. Ten rok nie różni się od poprzednich. Znów brakuje wielu nazwisk, żeby tylko wymienić Zimmera, Thomson, czy Hanksa. Ale ja nie o tym, bo temat tego wpisu jest inny. Najlepsza i najgorsza Oscarowa nominacja. Tą pierwszą jest dla mnie wyróżnienie Leonardo DiCaprio za „Wilka z Wall Street”. I choć pewnie samej statuetki Leo nie zgarnie (oj, chciałbym się mylić), to miło go wreszcie widzieć wśród piątki najlepszych aktorów, po tym, jak przez ostatnie lata był ciągle ignorowany przez członków Akademii. Najbardziej rozczarowującą jak dla mnie nominacją jest za to wyróżnienie Sandry Bullock za rolę w "Grawitacji" (ogólnie rzecz biorąc tak duża liczba wyróżnień dla tego filmu to kompletna przesada, bo o ile od strony technicznej ta produkcja to czysta perfekcja, tak filmem jest jednak przeciętnym). Choć darzę Bullock ogromną sympatią, nijak nie uważam, by jej występ w filmie Cuarona należał do pięciu najlepszych zeszłego roku. A przecież (w teorii) nie za sympatię, a aktorskie dokonania, powinny być przyznawane nominacje/statuetki.


Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/)

Nominacją do Oscara, która cieszy mnie najbardziej, jest nominacja w kategorii najlepszy film dla „Kapitana Phillipsa”. Wybierałem się na ten film, oczekując zupełnie innego obrazu. To, co dostałem, przerosło moje oczekiwania. Dramat, thriller, procedural z przepięknymi zdjęciami i doskonałymi rolami drugoplanowymi. Co do Toma Hanksa z początku oceniałem jego grę pozytywnie, choć bez wielkiego zachwytu. Jednak to, co aktor zaprezentował w ostatnich minutach filmu, odbiera głos i sprawia, że nie można powstrzymać emocji. „Kapitan Phillips” to niezwykłe przeżycie!

Nominacją, która mnie najbardziej dziwi, jest ta dla „American Hustle” w tej samej kategorii, czyli dla najlepszego filmu. Ubiegłoroczny film David O. Russella i nominacje oraz wszystkie nagrody otrzymane przez ekipę „Poradnika pozytywnego myślenia” były dla mnie wielkim rozczarowaniem. „Poradnik pozytywnego myślenia” miał o wiele większy potencjał – gdyby udało się go zrealizować któremuś z reżyserów, o których pierwotnie myślano jako dowodzących produkcją – może również scenariusz byłby bardziej wierny swemu książkowemu pierwowzorowi. Akcja w powieści w pewnym momencie zmierza w zupełnie innym kierunku niż jej ekranizacja. Trudno orzec, czy to znak rozpoznawczy wielkich wytwórni, czy też inwencja reżysera, który jest również twórcą scenariusza. Czasami w Hollywood brakuje odwagi, by postawić na ryzykowną, wręcz szorstką opowieść – ale za to szczerą. Bezpieczniej jest stworzyć film, który pokrzepia, odpręża, to jedyny dysonans, o którym jednak szybko się zapomina zarówno w trakcie jak i po seansie. Identycznie oceniam w tym roku „American Hustle”. Jedyną ciekawą kreację stworzył w produkcji Christian Bale, ale poza nim w filmie rządzi przeciętność. Więc nie tylko dla najlepszego filmu, ale i większość nominacji do Oscarów dla tego filmu jest dla mnie rozczarowaniem.


Filmy według Agniechy, Agniecha (http://filmy-wedlug-agniechy.blogspot.com/)

Jak co roku mam bardzo wiele do powiedzenia w sprawie nominacji do Oscarów, a o wygranych już nawet nie wspomnę. Każdego roku rwałam sobie włosy z głowy z całkowicie rozbieżnym gustem z członkami Akademii Filmowej. W tym roku nie ma oczywiście wyjątku. Skaczę pod sufit z radości za oczywistą nominację dla: przepięknej i o dziwo ciepłej „Krainy lodu" do animacji roku; zabawnego, ale i genialnego obrazu Martina Scorsese „Wilk z Wall Street"; bardzo kameralnego, ale jakże klimatycznego „Polowania” za najlepszy film obcojęzyczny. Niemniej niektóre wybory, a czasami ich brak, były dla mnie niczym cios prosto w serce. Jak można było nominować za efekty specjalne „Jeźdźca znikąd”, całkowicie zapominając o świetnie zrobionym, kolorowych i niezwykle efekciarskim „Pacific Rim”? BOLI. Totalnie nie rozumiem również nominowania Sandry Bullock dla najlepszej aktorki. Serio? To jedynie dowodzi tego, jak słabe były role kobiece w tym roku albo jak to gust Akademii Filmowej spadł na dno.


FILM Planeta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/)

Oscary to nagrody, które rokrocznie dostarczają mi wielu emocji. Zawsze z ogromną niecierpliwością czekam na ogłoszenie nominacji do tych najważniejszych nagród w branży filmowej. W tym roku nominacje okazały się być kalką nominacji do Złotych Globów, w związku z czym raczej obyło się bez niespodzianek. Najbardziej cieszę się z ogromu nominacji dla filmu „Wilk z Wall Street”, w tym przede wszystkim dla Leonardo DiCaprio. Mam wielką nadzieję, że Akademia doceni wreszcie kunszt aktorski Leo i uda mu się w końcu trafić do grona tych najwybitniejszych, którzy posiadają już w swej kolekcji tę najbardziej prestiżową statuetkę. Największe rozczarowanie? Aż 10 nominacji dla American Hustle, który okazuje się być najbardziej przereklamowanym filmem spośród wszystkich nominowanych. Bardzo doceniam aktorstwo (w tym przede wszystkim role Lawrence i Coopera), które rzeczywiście zasługuje na docenienie, ale nominacje w kategoriach „Najlepszy scenariusz oryginalny”, „Najlepszy reżyser” i , wreszcie, „Najlepszy film” to jakieś nieporozumienie…



Filmowe Abecadło, Paweł (http://filmoweabecadlo.wordpress.com/)

Wszystkie nagrody lubię, każde wyróżnienie dla aktora szanuję, ale Oscary z roku na rok wydają mi się coraz bardziej przereklamowane. Owszem – duży prestiż, dostać Oscara to jest coś! Ale układziki i coraz dziwniejsze nominacje widać na pierwszy rzut oka. Najbardziej cieszę się z wyróżnienia Leonardo DiCaprio, który już bardzo dawno nie znalazł się w czołowej piątce, a naprawdę sobie na to zasłużył (i przeważnie zasługuje prawie każdą rolą). Cieszy również 5 nominacji do Oscara dla filmu „Ona”, a w szczególności w kategorii najlepszy film. Jednak wiąże się z tym mój osobisty, ogromny zawód. Gdzieś wśród tych wszystkich nazwisk zapodział się znakomity Joaquin Phoenix, który zasługuje na nominację już za sam fakt bycia Phoenixem. A tak poważnie rzecz ujmując, zagrał naprawdę fantastycznie, co udowadnia już w samym zwiastunie.


Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/)

Powyższe wypowiedzi koleżanek i kolegów zawarły wszystko, co i ja chciałam napisać – „American Hustle” przereklamowane, nominacja Sandry Bullock powinna trafić do Emmy Thompson, a jeśli Leonardo DiCaprio nie dostanie Oscara, to przyłączam się do jakiegoś ruchu oporu i idę robić rozróby na mieście (choć czuję podskórnie, że właśnie to mnie czeka). Pozwolę się sobie nie zgodzić tylko z Michałem, który kibicuje „Kapitanowi Phillipsowi”. Jasne, to niezłe kino rozrywkowe, nie jakiś gniot. Jednak nie widzę specjalnej głębi, ironii i antyamerykańskości, o których mówią ci, co porównują film z „Wrogiem numer jeden”. To zupełnie inna klasa. 

Aha, i mimo całej sympatii do Jennifer Lawrence, mam nadzieję, że NIE dostanie Oscara. To po prostu będzie nie fair w stosunku do nominowanych Julii Roberts czy Lupity Nyong'o. One wypruwają sobie flaki niemal przez cały film, Lawrence widać może 15–20 minut i tak, jest elektryzująca, ale to nie była mocno wymagająca rola. Poza tym mam też wrażenie, że duże znaczenie ma też sam jej wygląd – po prostu wygląda w „American Hustle” SZA-ŁO-WO i to chyba wpływa na nieobiektywną ocenę jej aktorstwa. ;p



Szaleństwa Larsa von Triera (premiera „Nimfomanka. Część II”)

FILM Planeta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/)

Lars von Trier od bardzo dawna zalicza się do grona moich ulubionych reżyserów. Dlaczego? Otóż obok żadnego z jego filmów nie można przejść obojętnie. Trier na zmianę zachwyca mnie („Melancholia”) i obrzydza (Antychryst), każdy z jego filmów wywołuje u mnie szereg ogromnych emocji. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że na siłę chce on być kontrowersyjny, gdyż w jego filmach fabuła zawsze znajduje się na drugim planie, a to, co zasługuje na największą uwagę, to forma. Pod tym względem Trier okazuje się być niedoścignionym – trudno znaleźć drugiego takiego, który podchodzi do produkcji filmu równie kompleksowo co on. Jeśli lubicie dzieła kompletne, w których dźwięk i obraz łączą się w jedną całość, obowiązkowo sięgnijcie po filmy Triera. I w żadnym wypadku nie zrażajcie się po pierwszym rozczarowującym seansie. Zapewniam, że z każdym kolejnym filmem zaczniecie odczytywać filmową poetykę wyrazu tego artysty.


Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/)

Tytuł tej części notki sugeruje, że „Nimfomanka” to kolejne szaleństwo Triera. Cóż się dziwić, skoro filmowi towarzyszy kampania reklamowa, w której zdecydowanie nadużywa się takich słów jak „kontrowersja”, „pornografia”, „skandal”. Jestem już po seansach obydwu części i mogę z ręką na sercu wszem i wobec oznajmić, że już „Życie Adeli” było bardziej pornograficzne niż „Nimfomanka”, którą nazwałabym antypornograficzną. W końcu wydźwięk scen erotycznych zależy od tego, z jaką intencją zostały nakręcone. Abdellatif Kechiche chciał pokazać piękno kobiecej miłości, więc efektem jest coś pikantnego, podniecającego; Trier natomiast traktuje seks jako źródło komizmu (pierwsza część) lub jako symbol samotności, niespełnienia i nienasycenia (część druga). Ten seks nie jest sexy. Nie jest też u Triera czymś całkiem nowym, bo:
1) widok genitaliów zapewnił nam reżyser choćby w „Antychryście”;
2) seks i mistykę połączył wcześniej w „Przełamując fale”;
3) nieudawane zbliżenia miały miejsce już na planie „Idiotów”.
Nie ma co więc szukać skandalu, bo gołe penisy to klasyczny Trier. Nie za szaleńca go mam, lecz za wizjonera (dogma, te sprawy), człowieka, który po prostu ma swoje wyobrażenie świata (owszem, dość wynaturzone) i przedstawia je w filmach bez żadnego pardonu. A że przy okazji jest erudytą, twórcą odważnym i myślącym nieszablonowo, to powstają filmy niebanalne, jedne z najciekawszych we współczesnym kinie w ogóle.


piątek, 24 stycznia 2014

Filmowe skojarzenia. 24.01.2014

24 stycznia na polskie ekrany trafiają dwa filmy, na które czekało wielu kinomanów – „Ratując pana Banka” oraz „Sierpień w hrabstwie Osage”. Pierwszy miał być faworytem w oscarowym wyścigu, lecz niestety odpadł w przedbiegach. Czy problem tkwi w tym, że filmowe biografie to często zaledwie przeciętne produkcje, które ogląda się tylko dla fenomenalnych kreacji aktorskich? Postanowiliśmy się przyjrzeć bliżej temu podgatunkowi.

Nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, czemu nie da się przejść obojętnie obok „Sierpnia w hrabstwie Osage”. Występującymi w nim gwiazdami można by obdzielić ze trzy filmy. Reżyserowi Johnowi Wellsowi udało się zgromadzić przed kamerą Meryl Streep, Julię Roberts, Chrisa Coopera, Ewana McGregora, Sama Sheparda, Abigail Breslin i Benedicta Cumberbatcha – to jeszcze nie koniec listy, a przecież już sam duet Streep-Roberts to obietnica doskonałych ról. Stąd wziął się pomysł na drugą część naszych filmowych skojarzeń, czyli rozmyślenia o aktorskich dream teamach. Czy istnieje film, którego obsada w pełni by nas ukontentowała? 


Ekranowe biografie 

Panorama Kina, Mariusz (http://panorama-kina.blogspot.com/)

Filmy biograficzne nie należą do ekscytujących gatunków filmowych – są z reguły przewidywalne. Ale istnieje jedno niekwestionowane arcydzieło, które bije na głowę wszystkie pozostałe. Mowa o „Amadeuszu” (1984) Milosa Formana. Opowieść o starciu przeciętności z geniuszem, a także o bardzo wyrafinowanej zbrodni. W rzeczywistości Salieri przyznał się dwukrotnie do zabicia Mozarta. O konflikcie kompozytorów opowiadał dramat Puszkina, opera Korsakowa, sztuka Shaffera i obraz Formana. Za każdym razem gdy ogląda się film, przychodzi do głowy myśl: ile w tym wszystkim prawdy? Pojawiają się także pytania dotyczące na przykład obsesyjnego dążenia do sławy, sukcesu, uwielbienia tłumów.

Aby moja wypowiedź na temat biografii nie była zbyt oczywista, wspomnę jeszcze o filmie mniej znanym, ale też bardzo dobrym. „Siła i honor” (2000) George'a Tillmana wygląda jak typowa opowieść z cyklu „od zera do bohatera”, ale opowiedziana i zagrana jest na tyle porządnie, że wzbudza ogromne emocje. Głównym bohaterem jest Carl Brashear, pierwszy czarnoskóry nurek głębinowy Marynarki Wojennej USA. A także pierwszy nurek, którego przywrócono do służby po amputacji nogi. Rozgrywający się w latach 50. dramat opowiada o człowieku z biednej rodziny, który walcząc z rasowymi uprzedzeniami, bezzasadną nienawiścią i absurdalną biurokracją dokonuje rzeczy niezwykłych i spełnia swoje marzenie. Jego siła i upór pozwalają mu podnieść się po każdym, nawet bardzo bolesnym, upadku. Ważnym motywem filmu są również zmieniające się na przestrzeni lat relacje między Carlem Brashearem (Cuba Gooding Jr) a twardym jak skała oficerem szkoleniowym (rewelacyjna rola Roberta De Niro).


Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/)

Zgadzam się całkowicie z Mariuszem, „Amadeusz” jest genialnym filmem, choć jego wartość biograficzna jest raczej niezbyt wysoka, do prawdziwych zdarzeń filmowe czasami mają się nijak. Żeby więc tak wyłącznie nie zachwalać filmów biograficznych, ja napiszę o takim, który mnie nie zachwycił. 

Debiutujący w pełnym metrażu Sacha Gervasi kreśli obraz filmowca w odrobinę innych tonach, stawiając akcenty w miejscach, o których do tej pory mało mówiono. John J. McLaughlin stworzył scenariusz na podstawie książki Stephena Rebello (który między innymi przeprowadził ostatni wywiad z Alfredem): „Alfred Hitchcock. Nieznana historia ‘Psychozy’”. Anthony Hopkins korzystając z tego materiału stworzył własną wariację na temat brytyjskiego reżysera thrillerów. Choć jego wygląd jest tylko inspirowany wizerunkiem Alfreda, to trzeba przyznać, że odtwórca odrobił lekcję i poza wyglądem tworzy postać reżysera przede wszystkim naśladowaniem mimiki, sposobu mówienia i poruszania się słynnego filmowca. Obaj panowie spotkali się raz w 1979 roku. Reżyser skomentował to zaledwie słowami: jest uroczy, jestem tego pewien, życzę Ci szczęścia – to wszystko co powiedział do aktora, który w tamtych latach grywał głównie w telewizyjnych produkcjach.

„Hitchcock” wzbudził pierwszymi zwiastunami ogromne oczekiwania, ale spełnił je w niewielkim stopniu. Debiutancki obraz Sacha Gervasi skupia się zaledwie na roku z życia człowieka, który wyreżyserował blisko 70 produkcji. Z Anthony Hopkinsem i Hellen Mirren w głównych rolach, reżyser sukces miał na wyciągnięcie ręki. Hitchcock powiedział, że telewizja sprowadziła morderstwo z powrotem do domu – tam, gdzie jego miejsce. Podobnie rzecz ma się z najnowszą opowieścią o geniuszu kina. Jest to przyzwoicie zrealizowany film telewizyjny, który dzięki głównym aktorom i na fali Oscarów trafił na wielkie ekrany. Ale najbardziej nadaje się do obejrzenia na DVD, w domowych pieleszach. Na większą uwagę niestety nie zasłużył.


Apetyt na film, Klapserka (http://klapserka.pl/)

Filmowa biografia, która zapadła mi najbardziej w pamięć? „Bez skrupułów” z Toby Jonesem w roli głównej. Film o Trumanie Capote i kulisach jego znajomości z Perrym Smithem i Dickiem Hickokiem, mordercami „z zimną krwią” i przyjaźni z inną artystką, Harper Lee (Sandra Bullock). Przejmująca, nienachalna opowieść o rodzących się uczuciach, przekraczających normy społeczne i moralne, w podwójnym tego słowa znaczeniu. Jones wyśmienicie oddał złożoną naturę swojej postaci – pisarza, dla którego prawda stała na jednej szali z pasją, a sam film to świetnie poprowadzona narracja, trzymająca tempo akcji powieści bohatera tej historii.


Film Planeta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/)

Nie wiedzieć czemu, filmy biograficzne są uznawane przez wielu widzów za te najnudniejsze. Kompletnie się z tym nie zgadzam i zawsze z wielką przyjemnością sięgam po tytuły, które mogą przybliżyć mi losy interesujących osób. Jako że moi koledzy wspomnieli już o genialnym „Amadeuszu” oraz bardzo dobrym „Hitchcocku”, ja skupię się na filmach biograficznych minionego roku, bo przecież jest ich niemało i większość z nich zasługuje na uwagę. Na mnie największe wrażenie w 2013 roku zrobiły „Wyścig” oraz „Lovelace”. Ten pierwszy przedstawia trzymającą w napięciu historię rywalizacji dwóch kierowców rajdowych, Nikiego Laudy oraz Jamesa Hunta. „Lovelace” z kolei to wciągająca i bardzo gorzka opowieść o najsłynniejszej kobiecie z branży filmów pornograficznych, pozycja obowiązkowa dla fanów Amandy Seyfried! Z innych filmów biograficznych bardzo polecam „Żelazną damę”, „J. Edgara” oraz „Iris”.


Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/)

Wiele z ekranowych biografii to filmy, które warto zobaczyć (czasem tylko, a czasem między innymi) dla rewelacyjnych aktorskich kreacji. Do worka „tylko” wrzucam niedawnego „Lincolna” (Daniel Day-Lewis), „Wałęsę” (Robert Więckiewicz), oraz „Żelazną damę” (Meryl Streep). Spośród tych, które oferują więcej niż świetne role, wymieniłabym „Papuszę” oraz „Control” (to moje dwa pierwsze skojarzenia). Film Krauzów to przede wszystkim piękne zdjęcia, które wspaniale korespondują z fabułą. Dalekie plany i brak zbliżeń zdradzają naturę cygańskiego taboru: mającego silne poczucie wspólnoty i przynależności do natury. Gdy małżeństwo Wajsów rzuca koczowniczy tryb życia, w kadrze zawsze z obu stron otaczają ich ściany, jakby niezależny duch cygański został stłamszony i próbował wydostać się na zewnątrz. Poza dopracowanym pomysłem artystycznym znajdziemy w „Papuszy” też nostalgiczną i brutalną opowieść o utracie wolności. Bardzo cenię również film o Ianie Curtisie, „Control”. Reżyser Anton Corbijn to przede wszystkim fotograf, co widać w doskonałej warstwie wizualnej filmu. To także ogromny fan Joy Division, tak jak ja. Po przeczytaniu książki autorstwa żony Curtisa, „Przejmujący z oddali”, wiem, że muzyk został trochę wybielony, ale i tak udało się Corbijnowi uchwycić targające nim sprzeczności. A co najważniejsze, oddać klimat Manchesteru lat 70. – posępnego hrabstwa, z którego wyrastała posępna muzyka.


Filmowe Abecadło, Paweł (http://filmoweabecadlo.wordpress.com/)

Z biografiami bywa naprawdę bardzo różnie. Jedne są po prostu słabe i bardzo odbiegają od prawdy, inne posiadają jedynie perfekcyjne kreacje aktorskie, a kolejne po prostu ujmują całokształtem. Nigdy nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że w większości przypadków biografie są męczące i po prostu nudne. Moim ulubionym obrazem z tego gatunku jest „Monster” z genialną rolą Charlize Theron. Film opowiada historię prostytutki Aileen Wuornos, która zabiła sześciu mężczyzn, w tym policjanta. Produkcja niezwykle trzyma w napięciu, emocje wzrastają z każdą minutą, a od Charlize Theron nie można oderwać wzroku, mimo że nie emanuje w tym filmie kobiecością (do tej roli przytyła około 13 kg). Ogromną sympatią dzielę również europejski „Kwiat pustyni” opowiadający o Waris Dirie, która opuszczając w młodych latach Somalię, niespodziewanie trafiła do świata mody. Wśród ulubionych biografii wymieniłbym również „Zabiłem moją matkę” – film, który inspirowany jest życiem Xaviera Dolana, reżysera produkcji. Historia obrazuje jego spięcia w kontaktach z matką oraz sam problem, jakim dla niego w młodym wieku był homoseksualizm, a raczej jego ukrywanie. Wśród ciekawych filmów biograficznych wymieniłbym również ostatniego „Kapitana Phillipsa", „Control”, ”Żelazną Damę” (chociażby ze względu na mistrzowską Meryl Streep), „Elizabeth” oraz mało znaną produkcję „Veronica Guerin” (w obu świetne role Cate Blanchett).



Aktorskie dream team

Film Planeta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/)

Niestety, ale gwiazdorska obsada wcale nie jest wyznacznikiem dobrej jakości filmu. Najlepszym tego przykładem jest tegoroczny „Adwokat” Ridleya Scotta. Choć aktorzy dwoją się i troją, aby jakoś ten film uratować, nie udaje im się. W efekcie uzyskujemy „film – wydmuszkę” ze znanymi twarzami na ekranie i kompletnie pustą zawartością (mowa tu zarówno o fabule, jak i dialogach czy montażu). Nie widziałem jeszcze filmu „Sierpień w Hrabstwie Osage”, ale sądząc po licznych nominacjach filmu do prestiżowych nagród (w tym do Złotych Globów i Oscarów), Meryl Streep i Julia Roberts raczej nie zawiodą. Jeśli lubicie dobre filmy ze znanymi aktorami, obowiązkowo sięgnijcie po „Last Vegas” (przezabawna komedia z De Niro, Kleinem, Freemanem i Douglasem). Bo „Nędzników” chyba już wszyscy widzieli, prawda?


Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/)

Może trochę nietypowo, bo zamiast filmowego przykładu aktorskiego dream team, podam przykład wzięty ze sztuki wystawianej w TR Warszawa.

„Anioły w Ameryce” są przejmująco smutną opowieścią o ludzkich pożegnaniach, o odchodzeniu i rozpadzie, z którego jednak może wyniknąć coś pozytywnego. Warunkiem by tak się stało, jest zdobycie się bohaterów na szczerość. Nie tylko wobec siebie wzajemnie, ale przede wszystkim względem siebie.

Choć dramaty bohaterów mogą być mało istotne dla świata, to w sztuce noszą one znamiona apokalipsy, muszą być przedstawione spektakularnie. Dlatego tak ważna jest w tej sztuce scenografia i aranżacja scenicznej przestrzeni. Są trzęsienia ziemi, zstąpienia aniołów, podróże w krainie fantazji. I okazuje się, że to wszystko jest możliwe na deskach teatru. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z tak inteligentnym wykorzystaniem teatralnej przestrzeni. Szybko znika umowność scenografii. Choć na widoku znajdują się już na początku przedstawienia wszystkie elementy potrzebne do zagrania całego spektaklu, to po kilku minutach razem tworzą jeden, doskonały wszechświat. Wszechświat wypełniony wybitnym aktorstwem: Maja Ostaszewska, Tomasz Tyndyk, Jacek Poniedziałek, Rafał Maćkowiak, Magdalena Cielecka, Maciej Stuhr, Stanisława Celińska, Maja Komorowska, Danuta Stenka, Andrzej Chyra, Zygmunt Malanowicz. Z taką ilością gwiazd na jednej scenie mogło być trudno o zachowanie odpowiednich proporcji. Z wymienionych aktorek i aktorów najbardziej zachwycili mnie Maja Ostaszewska, Rafał Maćkowiak i Jacek Poniedziałek. Choć miałem nie porównywać sztuki do mini serialu HBO, muszę tutaj zaznaczyć, że początkowo nie wierzyłem, że polscy aktorzy zdeklasują zachodnich kolegów, a jednak im się to udało! Gdybym dzisiaj stanął przed wyborem: obejrzeć produkcję amerykańską, czy jeszcze raz wybrać się na polskie „Anioły w Ameryce”, to wybieram drugą opcję.


Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/)

Film z moim aktorskim dream teamem właśnie powstaje. Na myśli mam „Knight of Cups” w reżyserii Terrence’a Malicka, który do kin trafi prawdopodobnie w roku 2015. Póki co w sieci poza kilkoma fotkami z planu trudno znaleźć o nim jakiekolwiek informacje, ale sama obsada sprawia, że jaram się jak pochodnia: grają tu uwielbiani przeze mnie Ryan Gosling, Michael Fassbender, Christian Bale i Cate Blanchett, a także już nie uwielbiane, ale wciąż lubiane Rooney Mara i Natalie Portman. Lista cenionych przeze mnie aktorów i aktorek jest jednak zbyt długa, aby jeden film pomieścił ich wszystkich. „Knight of Cups” jest blisko ideału, ale oddziela go od niego brak takich osobistości jak Brad Pitt, Joaquin Phoenix, Robert De Niro, Kate Winslet czy Nicole Kidman. Na TAKI skład jednak nie liczę – to musiałoby się dziać w jakiejś alternatywnej rzeczywistości.

W pewnym stopniu w mój aktorski dream team wpisał się zdobywca Złotego Globu w kategorii najlepszy dramat, „Zniewolony”. Fassbender co prawda powinien dostać (przynajmniej) nominację do Oscara już za „Wstyd” i to dziwne, że Akademia uznała, że jego występ w „Zniewolonym” jest bardziej wart nagrody, jednak lepiej późno niż wcale – trzymam kciuki, żeby Michael pokonał Jareda Leto. W filmie McQueena nieduże role mają też między innymi Brad Pitt, Benedict Cumberbatch i Paul Dano. Niestety postać Pitta to chyba najsłabszy element fabuły, bohater najmniej dopracowany. Cumberbatch, którego karierę także śledzę z zaciekawieniem, również nie zdążył tu w pełni rozwinąć skrzydeł i wypadł „tylko” dobrze. Natomiast jestem w szoku, jak duży potencjał ma Paul Dano i jak rzadko (choć coraz częściej) wykorzystują to reżyserzy. „Aż poleje się krew”, „Labirynt”, teraz „Zniewolony” – w każdym z tych filmów był absolutnie elektryzujący, obłąkańczo-fascynujący. Tylko czekać, aż zacznie regularnie grać role pierwszoplanowe i zbierać za nie szereg nagród.


Filmowe Abecadło, Paweł (http://filmoweabecadlo.wordpress.com/)

Mojego aktorskiego dream teamu na pewno nigdy się nie doczekam – za kamerą musiałby stanąć Xavier Dolan, a przed nią Kate Winslet, Marion Cotillard i Leonardo DiCaprio! Nazwiska nazwiskami, ale niestety w większości przypadków ich obecność w obsadzie nie do końca oddaje poziom filmu. Pierwszy przykład z brzegu? „Movie 43” i jego kilka nominacji do Złotych Malin, a w obsadzie Winslet i Jackman, którzy byli świetni, Bell, która wypadła całkiem nieźle oraz Berry, Watts, Gere, Thurman, Banks czy Butler, których role były tak ograniczone, że nic im nie udało się z nich stworzyć. Jeżeli miałbym wybierać inny dream team niż ten mój wymarzony i zapewne nigdy niespełniony, to postawiłbym na obsady „Nędzników” (Jackman, nagrodzona Oscarem Hathaway, Bohnam Carter, Baron Cohen, Seyfried, Redmayne czy Crowe), „Rzezi” (Winslet, Foster, Waltz i John C. Reilly) i średniego, ale gwiazdorskiego „Nine – Dziewięć” (Day-Lewis, Cotillard, Kidman, Hudson, Cruz, Loren czy Dench ).


piątek, 17 stycznia 2014

Filmowe skojarzenia (17.01.2014)

Trochę nas nie było. Święta, Sylwester, noworoczny kac… Chcąc pozostać w temacie imprezowym, postanowiliśmy poświęcić ten post filmom, w których ważną rolę gra alkohol. Ostatnio to temat bardzo na topie – z powodów zarówno wesołych (premiera „Pod Mocnym Aniołem!), jak i tych przykrych (wystarczy włączyć wiadomości). Kino potrafi jednak na swój użytek przerobić nawet najpaskudniejszy problem, co wspólnymi siłami tu udowadniamy.

Pretekstem do dyskusji stało się też „Sekretne życie Waltera Mitty”, czyli najnowsze dokonanie Bena Stillera. Aktor stanął zarówno przed, jak i za kamerą. O tym jaki może być tego efekt i czy Stillera da się lubić, przeczytacie w drugiej części notki. Na koniec z okazji premiery filmu „Robaczki z Zaginionej Doliny” Szymalan wspomina najdziwniejszy film animowanym, z jakim dotąd się zetknął.


Alkohol w roli głównej (premiera "Pod Mocnym Aniołem")

Apetyt na Film, Klapserka (http://klapserka.pl/)

Kiedy myślę o filmowych alkoholikach, przed oczami stają mi dwie postaci. Pierwsza to młodziutka Kate Hannah o ślicznej twarzy Mary Elizabeth Winstead, która w filmie "Smashed" próbuje wyjść z nałogu i ponieść konsekwencje tego wyboru. To bardzo zwyczajna historia, warta wspomnienia wyłącznie dzięki niezwykle przekonującej grze Winstead. Alkoholizm jej bohaterki to nie zamulone oczy i chwiejny krok, to nie urwany film i dzikie orgie, to "zwykłe podchmielenie", zabawa, która jest tak dobra, że aż przekracza granice. Żyć, pracować, kochać i nie pamiętać, kiedy robiło się to zupełnie na trzeźwo. Nie da się aktorki za tę naturalność nie pokochać, a jej Kate Hannah nie kibicować w tytułowym wyjściu na prostą.

Drugi bohater to klasyczny przypadek przegranego człowieka, którego alkoholizm pozbawił wszystkiego, co było mu najdroższe – rodziny, pracy, perspektyw, wreszcie nawet domu. Jonathan Flynn (jedna z moich ulubionych ról Roberta DeNiro) w "Być jak Flynn" już nawet nie pamięta, co stracił, ale nie przeszkadza mu to obwiniać o wszystko innych, a swoje niepowodzenia i kompleksy wyładowywać na synu. Bohater, którego nie da się lubić i którego jest nam tak zwyczajnie, po ludzku, szkoda. Świetnie napisana i zagrana postać.


Panorama Kina, Mariusz (http://panorama-kina.blogspot.com/)

Informacja o tym, że Smarzowski w kolejnym filmie opowie o alkoholizmie, w ogóle mnie nie zainteresowała, bo jest to temat tak mocno wyeksploatowany (nawet w polskim kinie), że na pewno niczego odkrywczego w tym filmie nie znajdę. Może gdyby Smarzowski zapowiedział, że planuje realizację horroru, to czułbym się wtedy bardziej zachęcony. 

Moim ulubionym filmem o chlaniu wódy jest „Stracony weekend” (1945) Billy'ego Wildera, w którym Ray Milland zagrał pisarza popadającego w uzależnienie. Wilder znany jest z filmów komediowych, ale w „Straconym weekendzie” główny bohater ani przez chwilę nie jest postacią humorystyczną, lecz żałosnym i chorym człowiekiem. Można się śmiać, gdy grany przez Millanda bohater kradnie z damskiej torebki pieniądze na wódkę albo gdy targa maszynę do pisania by ją sprzedać – bardzo szybko jednak śmiech zamiera w gardle. Reżyser nie tylko ostrzega przed destrukcyjnym wpływem alkoholu, ale i uświadamia, jak wiele się traci, gdy otępia się umysł bezwartościowymi produktami. Niesamowicie gorzki i mądry jest to film – źródło inspiracji dla wielu innych dramatów podejmujących temat pijaństwa. Ostry przekaz nie został osłabiony nawet sztucznym, nie przystającym do całości optymistycznym zakończeniem, które zostało wymuszone przez producenta. 

Wspomnę jeszcze o jednym bardzo dobrym filmie traktującym o alkoholizmie. „Dni wina i róż” (1962) – pierwszorzędny dramat, w którym reżyser Blake Edwards bardzo sugestywnie i dogłębnie przedstawił trójkąt miłosny: mąż, żona i gorzała.


Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/)

„Have you ever had the feeling. That you're that close to losing your mind?” śpiewa w piosence “Angel Eyes” Sting. “Czy miałeś kiedyś to wrażenie, że jesteś tak blisko szaleństwa?” – można przetłumaczyć ten tekst, który był moim pierwszym skojarzeniem w przypadku filmów o tematyce alkoholowej. „Zostawić Las Vegas” z genialnymi kreacjami Nicolasa Cage’a i Elisabeth Shue to chyba najważniejszy dla mnie film o alkoholizmie. Oglądałem go jeszcze jako nastolatek i przez lata moje odczuwanie tego filmu zmieniało się. Nie zmienia to jednak faktu, że film Mike Figgisa jest dla mnie arcydziełem. Technicznie doskonały, choć nakręcony na taśmie 35mm, na który to pomysł wstępnie producenci pukali znacząco palcami w czoło, bo kto mając do dyspozycji pełny arsenał technologiczny, kręci film starymi technikami. Figgis postawił na swoim, dzięki czemu powstała kronika upadku człowieka. Bez szans na ratunek, bez żadnych zastanowień, czy nie warto ze ścieżki autodestrukcji wrócić. Chyba dlatego tak trudny to film i od kilku lat go nie oglądałem, co nie zmienia faktu, że obrazy z filmu wciąż pozostają żywe w mojej pamięci. Do tego piękna, hipnotyzująca muzyka (której autorem był sam reżyser) i cudowne standardy w jazzowej aranżacji Stinga. 

Przy temacie alkoholu warto jeszcze wspomnieć inne tytuły: „Everything Must Go” z najczęściej błaznującym na ekranie Willem Ferrellem, który tym razem całkiem poważnie przedstawia nałóg. Warto wspomnieć też jeden polski film: “Ćma” z Romanem Wilhelmim, który wciela się w postać radiowca prowadzącego nocną audycję, do której słuchacze włączają się opowiadając o swoich problemach. Bohater Wilhelmiego, Jan, sam boryka się z problemami, od których ucieka w alkohol. Choć widziałem ten film wyłącznie raz, wiele lat temu, do dziś pamiętam niezwykle mocną scenę finałową tej produkcji. Nie miałem natomiast okazji zobaczyć jeszcze „Straconego weekendu”, o którym pisał Mariusz i bardzo szybko chciałbym tę filmową zaległość nadrobić, szczególnie, że film ukazał się w zachodnich sklepach na blu-ray.


Filmowe Konkret-Słowo, Szymalan (http://xmuza.wordpress.com/)

Aż dziwne, że nikt jeszcze nie wymienił w tym miejscu "Wszyscy Jesteśmy Chrystusami" w reżyserii Marka Koterskiego. Ten wybitny polski reżyser bierze alkoholizm pod lupę, analizując życie pewnego inteligenta i jego relacje z innymi ludźmi. Ale jednocześnie bierze się też za większy obraz – narodową makroskalę naszego picia. Koterski pokazuje alkoholizm w obliczu polskiej obyczajowości i tradycyjności. Święta Bożego Narodzenia, rodzinne tradycje, religijna ikonografia i kościelne rytuały, a także syndromy nadopiekuńczej matki Polki i nieczułego ojca. Jeszcze nikt przedtem w polskim kinie nie poruszył problemu, popadając w takie skrajności. Subtelny i przesadzony, surrealistyczny i wiarygodny od początku do końca. A przede wszystkim, zupełnie jak samo życie: zabawny, piękny, wzruszający i szokujący na zmianę.


Filmowe Abecadło, Paweł (http://filmoweabecadlo.wordpress.com/)

Alkohol w kinie pojawia się bardzo często, czasami jako temat główny, a czasami jako wzmocnienie historii i jej wydźwięku. Jak dla wielu ludzi, tak i dla bohaterów filmowych, używka jest zazwyczaj jedyną ucieczką od problemów, niezależnie od tego, czy mówimy o księdzu (chociażby z filmu Szumowskiej "W imię"), nauczycielu (nauczyciel w-f z polskiego obrazu "Wszystko będzie dobrze") czy o zwykłym, prostym człowieku. Pojawiają się w kinie również ostre imprezy z alkoholem w roli głównej, jak i bogate życie miliarderów, w którym nie obejdzie się bez tej używki. Główne tytuły, które najszybciej przychodzą na myśl, to ostatni "Wilk z Wall Street" czy popularny "Projekt X", gdzie alkohol leje się hektolitrami, a w grę zaczynają wchodzić dodatkowo narkotyki. Najnowsze "Pod Mocnym Aniołem" będzie jednym z najbardziej charakterystycznych filmów o piciu alkoholu ostatnich lat, pokazującym zarówno uzależnienie, jak i słabość wielu ludzi.


FILM Planeta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/)

Wszyscy odwiedzający FILMplanetę i śledzący fanpage’a bloga doskonale wiedzą, że Wojtek Smarzowski jest moim ulubionym polskim reżyserem. Nikt tak jak on nie potrafi ukazać tego, co w nas najgorsze, najbrzydsze, najbardziej mroczne. Tym razem podjął się on zekranizowania losów alkoholika i pomimo, że filmu „Pod Mocnym Aniołem” jeszcze nie widziałem, jestem przekonany, że Smarzowski zrealizował swe zadanie w 100%. Motyw alkoholizmu został już co prawda ukazany na ekranie w każdej możliwej formie, jednak mimo wszystko czuję, że „Pod Mocnym Aniołem” (zgodnie z plakatowym hasłem) naprawdę zachwieje naszym krajem. Spośród innych filmów przedstawiających motyw alkoholizmu najbardziej w pamięć zapadł mi chyba niedawny hit Roberta Zemeckisa – „Lot”. Film ten ukazuje prawdziwy dramat mężczyzny, który utopił w kieliszku wszystko, co miał – całe swoje życie, rodzinę, karierę. Genialna rola Washingtona, prawdziwe dylematy moralne i – co najważniejsze – szalenie poruszająca historia.


Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/)

Wojciech Smarzowski został stworzony do zekranizowania powieści Pilcha. W portretowaniu Polski schlanej (a także skorumpowanej, skurwiałej) nie ma sobie w końcu równych. Reżyser spośród wielu polskich demonów tym razem wybrał problem uzależnienia od alkoholu i mogę się założyć, że „Pod Mocnym Aniołem” będzie filmem rewelacyjnym. Ale i bez tego Smarzowski ma na koncie całkiem obszerny katalog czerwonych i napuchniętych twarzy. Wódeczka leje się w „Weselu” i „Drogówce” strumieniami, niewiele mniej jest jej też w „Domu złym”. Kontakt z ognistą wodą zawsze kończy się tym samym – wyzwala z ludzi zwierzęta. Z bohaterów wychodzą wszystkie najgorsze przywary, którym reżyser (a może po prostu chcą tego dziennikarze?) pragnie nadać rangę „narodowych”. Jest straszno, ale jest też śmieszno, bo często są to bardzo groteskowe obrazki. Tak też wyobrażam sobie „Pod Mocnym Aniołem” – jako mieszankę specyficznego, ciężkiego humoru z przerażeniem, jakie może budzić nałóg pozbawiony najmniejszego retuszu. 

Wysokoprocentowy film zaserwował nam też ostatnio Martin Scorsese, chociaż Jordana Belforta bardziej niż trunki kręcą prochy. Prawdziwe szczytowanie zapewnia mu jednak dopiero kasa. Nieważne, że alkohol jest dopiero na trzecim miejscu – w „Wilku z Wall Street” bohaterzy i tak chodzą non stop pijani, bo są pijani pieniędzmi. Melanż i melanż yeah, heca heca heca… A nawet gdy bohater już przestaje świrować, to musi wypić piwo, które sobie nawarzył, więc temat alkoholizmu nigdy się tu nie kończy.



Ben Stiller - geniusz czy błazen? (premiera "Sekretne życie Waltera Mitty") 

Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/)

„W siódmym rozdziale II księgi Etyki nikomachejskiej (1108 a) Arystoteles odnosi pojęcie taktownego dowcipu do przyjemności tkwiącej w zabawie i żartach – brak umiaru w tej przyjemności, jeśli jest on nadmiarem, traktowany jest jako błazeństwo (…) "Błazen" uważa, że wolno mu wyśmiewać każdego i wszystko”. Stillera więc nie włączyłbym do żadnej z grup. By nazwać go błaznem, które to słowo ma dzisiaj znaczenie raczej negatywne, Stiller musiałby o wiele mocniej żartować ze wszystkiego i wszystkich, a humor przez niego prezentowany – choć czasami irracjonalny, nie ma znamion tej samej bezczelności, co choćby żarty Adama Sandlera czy Sachy Barona Cohena. Przebłyski geniuszu Stiller czasami okazuje, wystarczy wspomnieć uwielbiany przeze mnie film „Zoolander”, którego Stiller jest scenarzystą i reżyserem. Teraz, kiedy w kinach pojawi się „Sekretne Życie Waltera Mitty”, pokładam duże nadzieje w pracy Bena Stillera, ale przecież pomysł filmu nie jest oryginalny. Inne wcielenia Stillera, których błyskotliwość mnie zachwyciła, to Rabin Jakob z „Zakazanego Owocu” i oczywiście Chas z „Genialnego klanu” Wesa Andersona.


Filmowe Konkret-Słowo, Szymalan (http://xmuza.wordpress.com/)

Jak dla mnie raczej jednak błazen. Jako lew w "Madagaskarze" oraz w podwójnej roli po obydwu stronach kamery filmu "Tropic Thunder" (dystrybutorzy – nie róbcie sobie jaj), był zachwycający. Ale na ogół wydaje mi się głównie irytujący, a obejrzany kilkakrotnie na dużym ekranie zwiastun 'Waltera Mitty" uważam za koszmarny – oto Ben Stiller wyreżyserował i zagrał rolę, która co pół minuty ma dawać widzowi do zrozumienia , jaki wspaniały Ben Stiller jest (mimo swojego średniego wieku i kompletnego braku predyspozycji do wysokobudżetowego, superbohaterskiego kina akcji).


Filmowe Abecadło, Paweł (http://filmoweabecadlo.wordpress.com/)

Ani to geniusz, ani to błazen – Ben Stiller to raczej po prostu nierówny aktor. Był bardzo przekonywujący w "Greenberg". Całkiem przyjemnie oglądało się go w kilku komediach, takich jak "Starsza Pani musi zniknąć", "Genialny klan" czy nawet "Poznaj moich rodziców". Jednak w pozostałych produkcjach albo jest średni, albo wręcz bardzo słaby (najgorszy rok to 2004, w którym mimo dużej popularności i wielu propozycji filmowych, otrzymał nominację do Złotej Maliny za role w 5 filmach). Ostatnio na ekranach kin trochę go mniej, więc może po chwili odpoczynku od jego osoby wreszcie czymś zaskoczy. Może rolą Waltera Mitty?



Dziwne filmy animowane (premiera "Robaczki z Zaginionej Doliny")

Filmowe Konkret-Słowo, Szymalan (http://xmuza.wordpress.com/)

Dziwne produkcje animowane? Spróbujcie przebić to: http://www.youtube.com/watch?v=8-ePeJxkVc4 No i opis intrygi z filmwebu: "Film opowiada o trzech bohaterach i ich drodze od spowiedzi, przez komunię, do modlitwy za tych, którzy odeszli. "

Taka animacja, taka sytuacja.





Zdjęcia:
http://thesevensees.com/wp-content/uploads/2012/08/Smashed-Paul-Winstead-kitchen.jpg
http://www.cinemas-online.co.uk/images/MoC_THE_LOST_WEEKEND_02%20(Large).jpg
http://static.cinemagia.ro/img/db/movie/00/21/06/leaving-las-vegas-995206l.jpg
http://www.gametrance.pl/gt/galerie/Wszyscy_Jestesmy_Chrystusami/wjch-09.jpg
http://i1.fdbimg.pl/7j0p1m_m2h9qf.jpg

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh-FfH6D2RDFP_DTnVdMv_hYZFwOtWhGfB5LFAJ40BRqll_kJY7XuCxm7dycdN3mY-982tTDeJdGo2UUJproUJ6_q7dyNuJkKSBz6WThOfMskf2Y95_iZbWkt-nhXslFpXlbm5TUvcxmpY/s1600/kelly-reilly-flight-still1.jpg
http://tapeta.filmweb.pl/124098/wesele2_1024x768.jpg
http://blogs.sacurrent.com/wp-content/uploads/2013/06/Zoolander.jpg
http://www.popcornreel.com/jpgimg/thunder1.jpg
http://somecamerunning.typepad.com/.a/6a00e5523026f5883401310f8d0ff8970c-pi
http://i1.ytimg.com/vi/1B9h7Tf5gWM/maxresdefault.jpg

Nagrody OBF

Filmy, które rozważamy w kontekście nagród OBF muszą mieć swoją polską premierę kinową pomiędzy 1.02.2016 a 31.01.2017 r.