wtorek, 10 grudnia 2013

Najlepsze filmy katastroficzne / Najlepszy i najgorszy remake



Rosyjska superprodukcja „Metro” (w kinach od minionego piątku) wywołała w OBF-ie dyskusję na temat naszych ulubionych filmów katastroficznych. Chociaż przedstawicieli tego gatunku regularnie przybywa, wygląda na to, że pozostajemy wierni klasykowi, gdyż najczęściej wymienianym tytułem został „Titanic” Jamesa Camerona z roku 1997. Oczywiście nie jest to nasz jedyny wybór – pełny zestaw faworytów znajdziecie w artykule poniżej.

Najlepszy film katastroficzny
Panorama Kina, Mariusz (http://panorama-kina.blogspot.com/)
Najwybitniejszym i najbardziej inspirującym filmem katastroficznym jest „Tragedia Posejdona” (1972) Ronalda Neame'a. Nie przypadkowo statek nosi imię Posejdon, gdyż katastrofa ma tu wymiar symboliczny - stanowi karę boską za grzechy. Od czasu tego filmu niemal w każdej produkcji katastroficznej ginęły osoby, które miały coś na sumieniu: grzech pychy, zazdrości, zdrady małżeńskiej, obłudy, nienawiści itp. Film dostarcza emocji dzięki bardzo dobrym efektom specjalnym, nieprzewidywalnym zdarzeniom i galerii zróżnicowanych postaci. Mimo natłoku wielu świetnych aktorów wyróżniają się znakomite role Gene'a Hackmana, Ernesta Borgnine'a i Shelley Winters. A na dokładkę piękna piosenka „The Morning After” w wykonaniu Maureen McGovern http://www.youtube.com/watch?v=Dy76Rqcob4Y


FILMPlaneta, Piotr (http://filmplaneta.blogspot.com/)
Nigdy nie ukrywałem, że mojemu sercu zdecydowanie bliższe jest kino współczesne, więc również w przypadku filmów katastroficznych preferuję te nakręcone po 90. roku, z dużą ilością porażających efektów specjalnych i przede wszystkim z dobrze przedstawioną fabułą i charyzmatycznymi bohaterami, którym naprzemiennie kibicujemy i współczujemy. W końcu, jak pokazało kiepskie „2012”, same efekty specjalne nie wystarczą, aby zachwycić widzów. Do moich ulubionych filmów katastroficznych bez wątpienia zaliczam ponadczasowego „Titanica” oraz tegoroczne „Niemożliwe”. Pierwszego z tych filmów nikomu nie muszę przedstawiać, w końcu „Titanic” to jedno z największych filmowych dzieł poprzedniej dekady. „Niemożliwe” zachwyciło mnie równie mocno co romantyczna historia Rose i Jack’a. Juan Antonio Bayona pokazał w swym filmie, jak wiele człowiek jest w stanie poświęcić i zaryzykować dla dobra swych najbliższych, swej rodziny. Można się co prawda przyczepić, że zbyt często manipulował on uczuciami widzów i chciał na siłę wycisnąć z nich łzy, ale moim zdaniem żadna granica nie została przekroczona. A jeśli ktoś nie lubi ckliwych historii, powinien obejrzeć ten film choćby dla brawurowych ról Naomi Watts, Ewana McGregora i 17-letniego Toma Hollanda. Kilka dni temu miałem też okazję oglądać wchodzące właśnie na ekrany kin „Metro” – najdroższy film w historii kina rosyjskiego. Oceniam go średnio, bo chociaż niektóre sceny robią wrażenie i nawet poruszają, to jednak na ekranie dominuje efekciarstwo, przekombinowanie i zdecydowanie za duża dawka absurdu. A jak powszechnie wiadomo, żaden z widzów nie lubi być oszukiwany.



Wynurzenia z kinowego fotela, Dominika (http://chodznafilm.blogspot.com/)
Z wyborem najlepszego filmu katastroficznego nie mam najmniejszego problemu – jest to „Melancholia” Larsa von Triera. Duński reżyser ma tę niezwykłą umiejętność docierania do istoty rzeczy, do poruszania w nas pokładów emocji, z których istnienia często nie zdajemy sobie nawet sprawy. Takie działanie miał na mnie właśnie ostatni jego film, po którym DOSŁOWNIE nie mogłam dojść do siebie. Trafił prosto do mojej podświadomości i aktywował uśpione dotąd lęki. Dlatego nie ma lepszego obrazu o strachu przed umieraniem, przed utratą czegoś. W dodatku nie ma w dorobku Triera filmu równie poetyckiego, pięknego wizualnie. To już jest Sztuka. Dlatego też z utęsknieniem odliczam dni do premiery „Nimfomanki”. Jestem podekscytowana i zaniepokojona jednocześnie, bo po trailerze widać, że chyba bliżej będzie jej do przesadzonego „Antychrysta” niż do arcydzielnej „Melancholii”. Obym się myliła.


Filmowe Abecadło, Paweł (http://filmowe-abecadlo.blogspot.com/)
Najlepszy film katastroficzny? Na myśl przychodzi mi tylko jedna, wyróżniona aż jedenastoma Oscarami produkcja. "Titanic" Jamesa Camerona to film, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Jedna z największych katastrof morskich w historii połączona z niezwykłym wątkiem miłosnym, dała niezapomniane widowisko, które poruszyło miliony ludzi na całym świecie. "Titanic" to nie tylko świetny technicznie film katastroficzny, ale przede wszystkim wzruszający i bijący do widza emocjami, romans dwóch osób z różnych warstw społecznych, z przerażającą tragedią w tle, która pochłonęła mnóstwo ofiar. Warto docenić również oryginalny sposób przedstawienia końca świata w komediodramacie "Przyjaciel do końca świata", w którym Lorene Scafaria obrazuje historię mężczyzny, który tuż przed uderzeniem asteroidy w Ziemię otrzymuje list od swojej licealnej sympatii w celu spotkania się. Zabiera ze sobą sąsiadkę, która w zamian towarzystwa w podróży, prosi mężczyznę, by załatwił jej prywatny lot do rodziny na ich wspólne, ostatnie dni. Przyjaźń w obliczu nadchodzącej śmierci w wykonaniu Steve Carrela i Keiry Knightley, robi naprawdę duże wrażenie, mimo że sam obraz filmem idealnym nie jest. W kręgu produkcji katastroficznych, na uwagę zasługuje również hiszpańskie "Niemożliwe", przedstawiające w niesamowity sposób tsunami, które kilka lat temu nawiedziło południową Azję i pochłonęło prawie 300 tysięcy ofiar.


Apetyt na film, Klapserka (http://apetyt-na-film.blogspot.com/)
Filmy katastroficzne jako jedna z kategorii produkcji mówiących o końcu świata - zarówno w skali makro, jak i mikro - zwykle kojarzone z efekciarskimi tytułami w stylu "2012" czy "Pojutrze". Gdyby rzeczywiście stawiać na blockbustery, to pierwszym wyborem byłby u mnie "Armageddon", który stał sie fundamentem kolejnych katastroficznych hitów. Niby nic szczególnego - heroiczny czyn jednostki ważący o losach świata, proste, trochę nawet naiwne i zbyt pompatyczne dialogi, efekty - a jednak trzyma w napięciu, zostaje w głowie, no i ten Bruce... Pozycja obowiązkowa dla fanów kina końca.



Filmy według Agniechy, Agniecha (http://filmy-wedlug-agniechy.blogspot.com/)
Och, filmy katastroficzne, to zdecydowanie moja ulubiona kategoria, choć potem oczywiście przychodzi mi cierpieć z tego powodu na łzotok i koszmarotok. Spośród katastroficznych obrazów samych w sobie do moich ulubionych należy zdecydowanie "Titanic". Najpierw dwie godziny teoretycznej nudy, budowania relacji i kreowania wspaniałych postaci, a potem godzina pełna napięcia, emocji i zachwycających efektów! Świetnie stworzony statek, cudowna muzyka i genialne zdjęcia wraku. Cudowne! Jednakże najwięcej obaw we mnie wzbudzają filmy o końcu świata. Tutaj mogłabym wymienić kilka swoich ulubionych, ale może postawię na ten, który wstrząsnął moim światem- "2012". Jako fanatyczka przepowiedni Majów film wzbudził we mnie najwięcej emocji. Może obraz Emmericha nie był szczególnie inteligentny, ale zagwarantował wbijające w fotel widowisko. Znakomite efekty specjalne i przerażające sceny katastroficzne, które nasuwały myśl, że nie chciałoby się skończyć podobnie jak ludzie z tego filmu.


Filmowe Konkret-Słowo, Szymalan (http://xmuza.wordpress.com/)
Także ja dopisuję się do komentarza Dominiki. Film Larsa był dla mnie szokiem na wielu poziomach. To najbardziej spokojny, całkowicie wyzbyty z histeryczności film tego twórcy, w którym każde zachowanie bohaterów ma swoje psychologiczne uzasadnienie, zaś posępna strona wizualna idealnie wprawia widza w tytułowy stan. Finałowa scena tak miażdży pod względem efektów dźwiękowych, że zawstydza największe dokonania Rolanda Emmericha czy Michaela Baya (sala dosłownie drżała, aż dech zapierało). A intelektualnie to po prostu wybitny film o konfrontacji z ostatecznością. Bez Boga i biblijnego wymiaru, i bez apokaliptycznego rozliczania ludzkości. Ot, zwykłe nic które kończy wszystko.



Naszej uwadze nie uszła także premiera nowej wersji „Oldboya”, tym razem w reżyserii Spike’a Lee. Z tej okazji Michał z Salonu Filmowego NM opowiedział o najlepszych i najgorszych remake’ach.

Najlepszy i najgorszy remake
Salon Filmowy MN, Michał (http://salonfilmowymn.blogspot.com/)
Najlepszy remake? Gone in 60 seconds (remake 2000, oryginał 1974)
Podobała mi się wersja z 2000 roku, była lekkim i przyjemnym filmem. Dlatego też byłem bardzo ciekawy oryginalnej wersji. Początkowo film H.B. Halicki’ego bawił mnie jeszcze bardziej niż re-make sprzed 12 lat. „Gone in 60 seconds” jest filmem na którym czas odcisnął swoje piętno, choć nie zmienia to faktu że wzbudził mój podziw. Teraz już wiem, skąd Beastie Boys czerpali inspirację do teledysku do piosenki „Sabotage”. Musiał to być obraz z 1974. Aktorstwo – choć to słowo na wyrost w przypadku tej produkcji, jest co najmniej słabe. Scenariusz niezwykle prosty. Wykonanie również nie zapiera dzisiaj tchu w piersi. Ale godna podziwu jest pasja twórcy i jego współpracowników. Nie jestem fanem motoryzacji: nie znam się na autach, nie potrafię rozpoznawać kultowych modeli samochodów. Gdyby było inaczej pewnie stałbym się wielkim fanem filmu. Doceniam mimo wszystko, że kaskader zbiera 150 tysięcy dolarów, grupę przyjaciół, setkę aut i na bazie tej mieszanki tworzy film, który przynosi zysk w postaci 40 milionów dolarów. Na potrzeby 97 minutowego filmu zniszczone zostały 93 auta. Prezentowane na ekranie popisy kaskaderskie powstały bez pomocy efektów wizualnych. H.B. Halicki – aktor, scenarzysta, reżyser, producent, kaskader, stworzył poemat na cześć swojej pasji. Poemat wypełniony piskiem opon, chrzęstem zgniatanej blachy i budzący szacunek, nawet jeśli finalny efekt mnie usypia, ponieważ 30 minutowa scena pościgu samochodowego (stanowiącą jedną trzecią filmu) jest ponad moje siły. W kolejnych latach reżyser eksploatował temat motoryzacji na ekranie, tworząc finalnie trylogię. Swoją pasję przypłacił życiem. Zginął, przygnieciony słupem telefonicznym na planie „Gone in 60 second Part 2”. Przy produkcji z 1974 "Gone in 60 seconds" z Nicolasem Cage'm to moim zdaniem najlepszy remake - bo jest przykładem jak przystosować stare kino pod współczesny język ekranu.
 

Najgorszy remake? Karate Kid (remake 2010, oryginał 1984)
Tak to jest, kiedy filmowcy zabierają się za kultowe filmy mojego dzieciństwa - musi im się oberwać. W przypadku Karate Kid przydałoby się przylać twórcom nowej wersji a'la Chuck Norris "z pół obrotu". Film o chłopaku, który na skutek zakochania obrywa po facjacie i postanawia nauczyć się sztuk walki, a po drodze uczy się czegoś więcej niż tylko kopania to sympatyczny film, który już w latach mojej młodości był pozycją kultową. Godziny spędzało się z kolegami przy trzepaku trenując kolejne kopniaki. Być może każde pokolenie potrzebuje takiego filmu, dlatego film z 2010 roku też znajdzie odbiorców, choć jakoś obawiam się już teraz odrobinę dzieciaków, które na podwórku mogą ćwiczyć kopanie (ja już dawno nie organizowałem treningów a'la Karate Kid). Dlaczego Karate Kid uważam za najgorszy remake? Bo film nie służy niczemu więcej jak tylko promocji rodziny Smith, przede wszystkim najmłodszego męskiego potomka - Jadena Smith'a. Rodzice - Jada Pinkett Smith oraz Will Smith wyprodukowali synkowi film, zamiast powiedzieć: "nie! do czytania książek dzieciaku, a nie na plan filmowy". Jakby w porę tak zadziałali, nie było by takiego nieszczęścia jak "1000 lat po Ziemi". A tak Trudno przewidzieć, jakie dzieła z Jadenem Smithem przyjdzie jeszcze ludziom oglądać. Lepiej już chyba nie będzie, bo widocznie na planie młody "aktor" (cudzysłów nie jest przypadkiem) dostał od Jackiego Chana jeden kopniak w głowę za dużo!

 

1 komentarz:

  1. Dawno już nie widziałem tego filmu, ale wiem że parę lat temu bezsprzecznie postawiłbym na "Wulkan" z 1997. Wiem jednak, że to dość niedopracowana produkcja.

    OdpowiedzUsuń

Nagrody OBF

Filmy, które rozważamy w kontekście nagród OBF muszą mieć swoją polską premierę kinową pomiędzy 1.02.2016 a 31.01.2017 r.